Sobota, 28 stycznia 2012

Pardon

Poppolityka. Prawdy, emocje i pogłoski

Profil użytkownika:

Paris Hilton
Paris Hilton
Hedonistyczny pysk upudrowany na czerwono
Ilość odwiedzin: 19471

Ulubione blogi:

RSS

Blog użytkownika

Sobota [23.10.2010, 20:37]
Ryszard C., zabójca Marka Rosiaka, przyznał, że nienawidzi polityków, że nienawidzi PiS-u. Przyczyny, z jakich rodzi się czysta nienawiść, mogą być oczywiście różne, mogą być nawet błahe i niepojęte dla osób racjonalnie myślących. Jednakże mnie zastanowiło co innego. A mianowicie to, czy istnieje w ogóle jakikolwiek w miarę mierzalny i możliwy do uchwycenia powód, dla którego osoba psychicznie zrównoważona mogłaby PiS znienawidzić i to do tego stopnia, iż nienawiść ta mogłaby ewentualnie pchnąć ją do popełnienia zbrodni. Nie chodzi mi tu o sprawy typu "PiS niszczy demokrację", "PiS to gangrena na ciele Polski" itp. To są rzeczy ogólne, podczas gdy mi chodziło o coś bardziej namacalnego. I oto...

Jedną ze zdobyczy nowoczesnej nauki jest możliwość przeszczepiania narządów. Zabiegi transplantacyjne ratują rokrocznie na świecie dziesiątki tysięcy istnień ludzkich. Nie wszyscy mogą jednak zostać uratowani, choćby za przyczyną tego, iż zapotrzebowanie na organy jest daleko większe niż ich podaż. Tym cenniejszy jest każdy z nich, który, jako spełniający odpowiednie kryteria, pozyskuje się na potrzeby transplantacji.

Nad Wisłą pracuje wielu zdolnych transplantologów notujących liczne zawodowe sukcesy. Istnieje pokaźna liczba bardzo dobrych ośrodków dokonujących przeszczepu serca, czy innych organów (jak choćby stojąca na najlepszym europejskim poziomie Katedra i Klinika Chirurgii Ogólnej, Transplantacyjnej i Wątroby Akademii Medycznej w Warszawie, którą kieruje profesor Marek Krawczyk).
Dawstwo organów w Polsce nie jest takie, jak w krajach należących pod tym względem do europejskiej czołówki. Niemniej dzięki akcjom propagującym zgodę na przeszczepianie narządów po śmierci Polska z roku na rok poprawiała swoje wskaźniki, by w osiągnąć w 2005 poziom 14,6 na milion mieszkańców (wartość sytuująca Polskę mniej więcej w środku europejskiej stawki). Rok 2006 był gorszy niż rekordowy pod względem liczby przeszczepionych narządów 2005, lecz załamanie polskiej transplantologii nastąpiło rok później. Oto 14 lutego 2007 Zbigniew Ziobro i Mariusz Kamiński z PiS-u przeprowadzili konferencję prasową, na której oskarżyli doktora Mirosława Garlickiego, transplantologa, o dokonanie zabójstwa. Od tego momentu datuje się dramatyczny, o około 25 procent, spadek liczby przeszczepianych narządów w Polsce - liczba ta spadła z 1218 w 2006 do 922 w 2007 (wskaźnik identyfikacji zmarłych dawców spadł do 9,2 na milion mieszkańców).

Na każdy organ czeka wielu pacjentów oraz ich rodzin. Są oni targani oczekiwaniem i rozdzierani przez niepewność. Trzymając się nadziei liczą minuty, godziny i dni, wyczekują na telefon z informacją, że znaleziono odpowiedni narząd i że wkrótce będzie mogła rozpocząć się ratująca życie operacja. Gdy telefon milczy, rodziny bezsilnie patrzą, jak gasną ich bliscy. Jak z dnia na dzień pogarsza się ich stan, jak pojawiają się kolejne dysfunkcje. Jak trzeba rozszerzać repertuar zabiegów jeszcze utrzymujących ich przy życiu, jak przy ich łóżkach pojawiają się aparaty do dializy, respiratory i inne maszyny. Są świadkami cierpienia i umierania osób im drogich.

W rezultacie konferencji czołowych PiS-owskich kacyków partyjnych telefon z dobrą informacją do pacjentów oczekujących na przeszczep od początku 2007 roku dzwonił znacznie rzadziej. W samym 2007 roku nie doczekało się go około trzystu osób, które inaczej mogłyby liczyć na pomyślne wieści. Dlaczego? Nie dlatego, że nie zostały zakwalifikowane do przeszczepu, że istniały jakieś przeciwwskazania. Nie. Po prostu dlatego, że PiS-owscy aparatczycy nie zawahali się sięgnąć po najbardziej bezwzględne środki w imię codziennej walki ze swoim politycznym konkurentem oraz w imię z góry zaplanowanej nagonki na upatrzoną przez siebie grupę zawodową.

Dziś epatujące społeczeństwo swoimi lamentami nad utraconymi bliskimi Beata Gosiewska, Zuzanna Kurtyka, czy Małgorzata Wassermann domagają się od całego kraju nielimitowanego współczucia i zrozumienia. To interesujące, zważywszy iż jednocześnie PiS-owskie środowisko wykazuje się bezdusznością oraz całkowitą atrofią uczuć względem innych.
Tak samo śmierć Marka Rosiaka zajmuje wszystkie media, podczas gdy nad losem osób zmarłych, ponieważ nie doczekały się na organy, mało kto się pochyla, choć przyczyna tego jest jasna i sprecyzowana - tak dla każdej osoby umiejącej kojarzyć fakty, jak i dla środowiska transplantologów:
"Oskarżenie chirurga transplantologa o celowe spowodowanie zgonu chorego po przeszczepie serca w lutym 2007 oraz pomówienie jednego ze szpitali o wprowadzenie w stan śpiączki farmakologicznej chorych z uszkodzeniem mózgu dla przyspieszenia orzeczenia śmierci były szeroko rozpowszechniane w środkach masowego przekazu. Podważenie wiarygodności procedur transplantacyjnych spowodowało gwałtowny spadek zgłoszeń o możliwości pobrania narządów od zmarłych dawców".*

Nie można oczywiście wskazać palcem, kto konkretnie by przeżył. Nie wiadomo bowiem, kto ostatecznie dany organ by otrzymał, jak i nie wiadomo, które z tych osób przetrwałyby operacje, a które, mimo wszystko, zmarły na skutek odrzucenia przeszczepu lub innych późniejszych powikłań. Lecz jasne jest, że bardzo wielu ludzi walczących o życie, być może setki, zostałyby ocalone. Gdyby nie okrutne bestialstwo polityków PiS-u. I między innymi z taką świadomością pozostały pogrążone w żałobie rodziny.


Mordowanie ludzi, czy to w biurach poselskich, czy to gdziekolwiek indziej, z pewnością nie jest metodą rozwiązywania problemów, czy sposobem na zadośćuczynienie doznanych krzywd. Jednakże w świetle tego, iż Jarosław Kaczyński, Zbigniew Ziobro, Mariusz Kamiński i PiS zapalili ognie świętego Elma setkom osób, które mogły w dalszym ciągu cieszyć się życiem, zdumiewa mnie fakt, iż oni czują się zdumieni, że ktoś mógł ich po prostu z głębi serca znienawidzić.




____________________

* Poltransplant Biuletyn Informacyjny nr 1 (16), marzec 2008
____________________

Liczba przeszczepionych narządów

2000 - 1000
2001 - 1113
2002 - 1182
2003 - 1294
2004 - 1364
2005 - 1359
2006 - 1218
2007 - 922
2008 - 1175
2009 - 1077
89 komentarzy

Niedziela [ 3.10.2010, 12:19]
Przedwczoraj pozwoliłam sobie na zamieszczenie GD "Struktura palindromu" na naprędce stworzonym mym klonie Mistrzyni Sztukhttp://tinyurl.com/3yswm92 . Nie była li to jednak facecja jedynie, choć treści te, jak przytomnie zauważyli komentujący, to kretynizmy. Owszem, lecz dokładnie tego rodzaju kosmiczne brednie od wielu miesięcy usilnie wmawia się ludziom, usiłując rozpaczliwie wykazać im, iż to mająca moc dogmatu "oczywista oczywistość".
Dziś pragnę odkryć drugą część palindromu, aby można było ujrzeć, co stanowiło punkt wyjścia napisanych przeze mnie banialuków. Tedy z dłoni wypuszczam trzy wiersze, by ich strofy poszybowały ku niebu. Pierwszy ofiarowuję umiaru nie znającym mistyfikatorom histerycznym, drugi poświęcam Prawu i Sprawiedliwości, trzeci zaś dedykuję Jarosławowi Kaczyńskiemu przesyłając mu owe słowa gorące.


I.
Do pół masztu zwieszona flaga,
flagę wiatr przedwiosenny targa.
To nie wiatr, to szloch na wszystkich
kontynentach i archipelagach.
Umarł Stalin.

Jakby nagły grad zboża pogiął,
jakby w biały dzień noc w okno.
Dzisiaj słońce jest żałobną chorągwią.
Umarł Stalin.

Płaczą ludzie na ulicach. Ciężko.
Taki ciężar zwalił się na ręce.
Płaczą ludzie zwyczajni jak ziarnko piasku.
a ci go kochają najgoręcej.

Krzyczy Wołga, szlocha Sekwana.
Woła Dunaj, jęczą rzeki chińskie.
Broczy Wisła jak otwarta rana.
Lamentują potoki gruzińskie.

Krzyczy Aragwa: Stalin! Chmury całego globu
wiatr zeszył w jedną chorągiew żałobną.
O, poeci rozpowiadajcie
W każdej wiosce, w każdej krainie
ból nasz wielki po wielkim Stalinie.
Umarł Przyjaciel.

Cień padł na ziemię od tej śmierci,
od oceanu do oceanu,
od Gibraltaru do Uralu.
Ale niech wróg nie liczy na cień i nieszczęście.
Ale niech wróg nie myśli, że przez ten cień przejdzie.
Nie pożywi się wróg na naszym bólu i żalu.



II.
Rozwijajcie się w marszu!
W gadaniach robimy pauzę.
Ciszej tam, mówcy!
Dzisiaj
ma głos
towarzysz mauzer.
Dosyć już żyliśmy w glorii
praw, które dał Adam i Ewa.
Zajeździmy kobyłę historii.
Lewa!
Lewa!
Lewa!

Błękitnobluzi!
Rwijcie!
Za oceany!
Zali
się pancernikom na redzie
stępiły dzioby ze stali?
Niech
się brytyjski lew pręży
niech ostrą koroną olśniewa,
Komuny nikt nie zwycięży.
Lewa!
Lewa!
Lewa!

Za górą klęsk błyszczą zorze,
słoneczny kraj czeka nowy.
Za głód, za moru morze,
niech zadudni nasz krok milionowy!
Choć najemna otacza nas banda,
choć nas potok stalowy zalewa
Nie zadusi Sowietów Ententa.
Lewa!
Lewa!
Lewa!

Zali wzrok orli zgaśnie
Czyż ulegniemy w walce?
Ciaśniej
ściśnijcie światu na gardle
proletariatu palce!
Naprzód pierś podaj nagą!
Niech flaga na niebo zawiewa!
Kto tam znów rusza prawą?
Lewa!
Lewa!
Lewa!



III.
Tyle nocy
nie dospanych,
mętnych,
poplątanych,
od dymu ciasnych,
"wyprowadzić"
rzekł konwojentom
i zasnął.

Śpij, majorze,
świt niedaleko,
widzisz:
księżyc zaciąga wartę;
szósty rok już nie śpi Bezpieka,
strzegąc ziemi
panom wydartej.

Brnęła noc
przez serce,
przez rżyska,
kolejami się snuła,
po torach
i przyszedł towarzysz Dzierżyński
do towarzysza majora.

Z krzesła zrywając się,
patrząc,
(przecież twarz tę od dziecka znałeś),
major stanął na baczność
i słów
nie potrafił znaleźć.

Barki zdrętwiałe ból ciął,
tętno waliło w skroniach.
- Towarzyszu Dzierżyński,
pozwólcie.
Opowiem o nas.

Chyba chcecie wiedzieć,
jak dzisiaj,
jakie sprawy
i jakie troski?
Zwyciężyliśmy, towarzyszu,
nową
budujemy Polskę.

Z gruzów,
z ruin
rośnie budowa,
robociarz rządzi,
kolejarz,
hutnik.
Towarzyszu,
wam tylko powiem,
jakże bywa tu czasem trudno.

Niełatwo jest stykać się z wrogiem codziennie
przyjmować spokojnie
i z twardym uporem -
i znowu codziennie,
i znowu wieczorem
w mętnych zeznaniach
i kłamstw pajęczynie
szukać wyjaśnień
i znaleźć przyczyny zastygłych motorów,
walących się szybów.

Przez długie godziny
wieczorne i nocne
mieć jasność umysłu i nerwy tak mocne.

Tobie -
Towarzyszowi z Bezpieczeństwa
Poświęcam ten wiersz.
Za Twą miłość ogromną do ludzi
I Twych nocy bezsennych niepokój
Za Twą troskę o dzień nasz powszedni
I walkę codzienną o pokój.
Za Twe serce - dla Partii bijące
Ściskam Twą dłoń uzbrojoną
I słowa przesyłam gorące.



Polityka historyczna nie bez kozery powinna nam być bliska i dla nas ważna. Historia jest bowiem wielką Nauczycielką, gdyż często układając się niczym palindrom uczy nas i pozwala uniknąć tragicznych pomyłek. Pamiętajmy o tym i rachujmy, jak układamy Naszą Historię. ;)


*******************************

Wykorzystane wiersze:
I . "Umarł Stalin" Konstanty Ildefons Gałczyński
II. "Lewą marsz" Włodzimierz Majakowski, tłum. Antoni Słonimski
III. "Towarzyszom z Bezpieczeństwa" Andrzej Mandalian 
66 komentarzy

Wtorek [ 2.12.2008, 0:13]
O tym, iż istnieje wiele pytań dotyczących okoliczności prowadzenia sprawy, której finałem było aresztowanie Beaty Sawickiej, wiemy od dawna. Od dawna padają także pytania (między innymi na Pardonie*) o to, czy aby agenci CBA nie przekroczyli w tym przypadku granic prowokacji oraz czy nie spełniali w niej roli zwykłych ladacznic.

Dzień dzisiejszy przyniósł nam nowe informacje w tej sprawie. "Dziennik" podał, iż nawet trzydziestotysięcznymi premiami wynagrodzono funkcjonariuszy CBA biorących udział we wzmiankowanej operacji.** Bardzo szybko doniesienia te dementował rzecznik owej instytucji, Temistokles Brodowski.***
Oczywiście "Dziennik" może się mylić. Warto jednak zwrócić uwagę na formę, jakiej użył Brodowski w swym dementi. Całość jest bowiem ubrana w okrągłe słowa i niejednoznaczna. Brodowski pisze, iż informacje "Dziennika" są nieprawdziwe, ponieważ "Funkcjonariusze CBA, jak w każdej innej służbie są nagradzani za wyróżniające się efekty pracy, kwoty są jednak niższe od podanych przez gazetę.". Nie przeczy on, że byli nagradzani za akcję przeciw Sawickiej; nieprawdziwość doniesień tyczyć się ma jedynie wysokości gratyfikacji, jakie otrzymują (być może jednak (także) za tę właśnie operację). Nie trzydzieści tysięcy zatem. Lecz może już to być dwadzieścia pięć lub dwadzieścia dziewięć.


CBA nie może poszczycić się jak dotąd żadnymi spektakularnymi sukcesami. Nie wykrywa wielkich afer, a te medialnie głośne, jak sprawa doktora Garlickiego (w której chwieją się kolejne zarzuty, gdyż pacjenci wręczający mu korzyści majątkowe gremialnie zarzekają się, iż czynili to z własnej nieprzymuszonej woli), okazują się być w rzeczy samej niewielkimi aferkami, jedynie medialnie rozdętymi do monstrualnych rozmiarów.

Obywatele (przynajmniej niektórzy) mogliby zatem zadać, zwłaszcza gdyby informacje "Dziennika" miały jednak okazać się prawdziwe, pytanie: "Czym jest CBA?". Mogliby zapytać: "Skoro z pieniędzy podatników płaci się premie funkcjonariuszom uwodzącym kobiety, to czy nie są oni po prostu zwykłymi żigolakami? Czy kierownictwo tej instytucji nie uprawia aby stręczycielstwa, a samo CBA nie jest przypadkiem zwykłym zamtuzem?".

Naturalnie, można wówczas kontrargumentować, iż za wszystkim stały szczytne idee. Na przykład te, iż "CBA ma status służby specjalnej, a podstawowym celem jego działania jest walka z nadużywaniem władzy i wykorzystaniem uprzywilejowanej pozycji do osiągania korzyści osobistych i majątkowych oraz działalności godzącej w interesy ekonomiczne państwa". Piękne słowa. Podobnie jak te, wedle których zwykłe burdele są nazywane ekskluzywnymi salonami masażu relaksacyjnego.
Pytania, jakie mogliby zadać obywatele, więc pozostają. Mogliby oni dalej drążyć: "Dlaczego mamy z naszych pieniędzy utrzymywać męskie prostytutki?". Wtedy inni mogliby im odpowiedzieć: "Jedynie kur-wa honorna ma swoje zasady - jednak nie na takie, lecz na zwykłe szmaty, z naszych podatków łożymy. Bo jaka IV RP była, takie dziwki po niej pozostały.".

_________________________________


*http://tinyurl.com/6z5gec
**http://tinyurl.com/6g773x
***http://tinyurl.com/5pmbdr  
45 komentarzy

Poniedziałek [ 3.11.2008, 22:59]
Jak półgębkiem donoszą niektóre media (przede wszystkim "Dziennik"), rozpoczęły się prace rządowe nad nowym prawem antyterrorystycznym. Doniesienia jak dotąd są skąpe, lecz wygląda na to, że rzecz przygotowywana jest z rozmachem - powstaje specjalna ustawa, a około stu innych aktów prawnych ma zostać zmienionych.
Nie znamy zbyt wielu szczegółów, lecz o ile informatorzy "Dziennika" mówią prawdę, ów główny akt prawny będzie drastycznie ograniczał swobody obywatelskie oraz stwarzał pole do wielu nadużyć.

Zapytać wprzódy wypada, czy takie akty prawne w ogóle są potrzebne. Odpowiedź brzmi oczywiście "Tak". Świat się zmienia, rodzą się nowe rodzaje niebezpieczeństw. Prawodawstwo zaś winno za nimi nadążać, bo za nim z kolei dopiero idzie praktyczne wdrażanie mających poprawiać bezpieczeństwo koncepcji. Wiemy zaś, jak wiele czasu mogą nad Wisłą zajmować rzeczy stosunkowo proste - jak choćby wprowadzenie numeru alarmowego 112 oraz stworzenie Centrum Powiadamiania Ratunkowego.

Przekrojowa indolencja polskich służb jest imponująca, zaś do wywołania totalnego bajzlu nie trzeba zaraz ataku terrorystycznego, lecz niejednokrotnie wystarczy zwykły wypadek drogowy. Terrorowi przeciwdziałają jednostki elitarne, lecz jego skutki niwelują nie oddziały AT lub GROM, lecz formacje powszechne - policja, służby ratunkowe, czy straże municypalne. Terror to między innymi chaos, który trzeba szybko opanować. Do tego niezbędne jest istnienie ośrodka koordynującego działania różnych jednostek, doskonała komunikacja między nimi, działająca bez zarzutu logistyka. Tworzona ustawa przewiduje powstanie takiej struktury - ma nią być Krajowy System Przeciwdziałania Zagrożeniom Terrorystycznym. Bardzo dobrze; miejmy też nadzieję, iż to nie jedyny pomysł mający na celu usprawnić działania w wypadku zagrożeń oraz że wszystko w tym zakresie będzie dopracowane, a przepisy normujące prawo na tej płaszczyźnie przemyślane.


To jedna strona medalu. Jest jednak i druga, znacznie ciemniejsza, jako że autorzy ustawy chcą przeforsować także przepisy zgoła innego rodzaju. Mianowicie nowe prawo umożliwi służbom specjalnym jeszcze bardziej swobodną inwigilację podejrzanych, jak i zatrzymywanie podejrzanych bez wyroku sądu na co najmniej 72 godziny. Ponadto polskie służby specjalne mają mieć prawo do przekazania "bez długotrwałych formalności" odmawiającego współpracy więźnia państwu, na terenie którego dopuszcza się stosowanie tortur.

Cytat:
">>Podejrzani trafiają np. do Egiptu. Tam już, zgodnie z miejscowym prawem, mogą być poddawani torturom<< - tłumaczy pomysł jeden z rozmówców "Dziennika" z policji. Identyczne rozwiązanie na dużą skalę stosują Amerykanie. Przedstawiciele międzynarodowych instytucji zajmujących się prawami człowieka używają specjalnego określenia: >>eksport tortur<<".

"Eksport tortur" to oczywiście określenie jak najbardziej na miejscu. Pomimo tego, iż tłumaczenia pomysłodawców brzmią pięknie i aż lśnią od ich czystych intencji:
">>Załóżmy, że Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego łapie jednego członka szajki, która przygotowuje zamach w Polsce. On odmawia współpracy, śledztwo staje w miejscu, a bomba tyka<< - mówi dr. Krzysztof Liedel z Collegium Civitas. (...) Według niego prawo powinno szczegółowo regulować takie ekstremalne sytuacje.".

Cóż - o terrorystach w Polsce na razie głucho - ani widu, ani słychu. Na szczęście. I oby tak pozostało. Trzeba się jednak liczyć ze wszystkimi możliwościami i przygotowywać na najgorsze. Jeżeli jednak jakiekolwiek bomby w tej chwili tykają, to są nimi patologiczne zamysły osobników pokroju Liedela, którzy najwyraźniej swe chore koncepcje wiodą od różnorakich łamiących prawa człowieka reżimów, zaś ich niedościgłym wzorcem jest sprawny system zamordystyczny.
W żadnym prawodawstwie nie da się przewidzieć i ująć wszystkich możliwych sytuacji, o ich szczegółach już nie wspominając. I nie wierzę w wyjaśnienia takie, jak te zaprezentowana przez Liedela. Co więcej - uważam je za zwykłe kłamstwa. Dlaczego? Otóż owszem, służby specjalne muszą być oraz muszą mieć odpowiednie do działania narzędzia. Czy jednak teraz ich nie mają? Mają, i to całkiem szerokie. I mogą śmiało poruszać się w ich ramach. Przecież nie są tak zawalone robotą, iż niezbędne jest wprowadzanie kolejnych, jeszcze głębiej ingerujących w prywatność obywateli prerogatyw.

Ponadto historia wskazuje, iż strat po wprowadzaniu takich zapisów zazwyczaj jest znacznie więcej niż zysków. Potencjalnych korzyści niewiele, zaś potencjalnych niebezpieczeństw bez liku. Praktyka uczy, że tego rodzaju prawo na co dzień nie będzie stosowane przeciw zamachowcom, może zaś być ochoczo wykorzystywane przeciw obywatelom, którzy z terroryzmem nie mają nic wspólnego. Do rozprawiania się z przeciwnikami politycznymi, do eliminacji innych osób aparatowi państwowemu uciążliwych, czy po prostu skierowane przeciw pospolitym przestępcom, bo tak po prostu będzie wygodnie. A to już nic innego jak usankcjonowane bezprawie.

Terroryzm był hasłem, pod sztandarem którego w USA wprowadzono Patriot Act. Teraz próbuje się to samo zaszczepiać w Polsce. Po co? By tym razem tu wprowadzić łamiący podstawowe prawa represyjny system? Stanie się ogniwem zbrodniczego systemu ignorującego prawa człowieka to zapewne nie wszystko, co szykują nam rząd, służby specjalne, urzędnicy MSZ oraz przedstawiciele innych instytucji biorących udział w przygotowywaniu projektu. Stawiam, iż owych aktach prawnych, które będą aktualizowane, znajdzie się jeszcze niejeden kruczek ograniczający kolejne prawa oraz umożliwiający dalsze nadużycia.

Z wydawaniem takich uprawnień należy bardzo uważać. Władza ma bowiem to do siebie, że demoralizuje, a politycy i służby bardzo niechętnie rozstają się ze swoimi zabawkami. Doskonałym tego przykładem są przedwyborcze obietnice Tuska, że zlikwiduje CBA, które okazały się niczym innym jak kolejnym jego kłamstwem, gdyż tak chętnie odwołująca się do nazistowskich symboli owa formacja ma się całkiem dobrze, a o jej rozwiązaniu w zasadzie nikt już nie mówi.

By właściwie korzystać z nadzwyczajnych praw trzeba mieć charakter, a nawet Charakter. Ten jednak mają tylko jednostki ponadprzeciętne i umiejące się wznieść ponad wszystko, by działać dla wspólnego dobra obywateli. Uważajmy, aby specjalnymi uprawnieniami nie obdarzyć fanatyków, zabiedzonych kmiotów targanych sraczką, pełnych kompleksów, niespełnionych dyktatorków drących ryj o powstawaniu nowych Pospolitych Rzeczy, czy nieustająco zadowolonych z siebie wygodnickich leni.

Jeszcze jeden fragment z "Dziennika", którego nie sposób pominąć: ">>Myślę, że takie sytuacje [przekazanie podejrzanych np. do Egiptu, w którym dopuszcza się stosowanie tortur - przyp. PH] w Polsce się nie zdarzą. Chodzi raczej o przekazanie podejrzanych np. Amerykanom, którzy od dawna rozpracowują ich grupę<< - zapewnia "Dziennik" oficer ABW."
Tak, bez tego obyć się nie mogło. Mamy kolejny przykład na wiernopoddańczo-kamerdynerską postawę polskich władz, które gotowe ubabrać się w najgorszym gównie, byle tylko zostać poklepanymi po gębie przez Amerykanów. Mało było ekscesów w Szymanach i Starych Kiejkutach, trzeba jeszcze bardziej gorliwie zademonstrować swój wasalizm. Bo chyba nikt nie żywi złudzeń, że poczynania, w których będą brali udział Amerykanie, będą jakkolwiek podlegać polskiej kontroli.


Media jak na razie specjalnie nie nagłaśniają omawianej sprawy. Należy jednak o tym mówić. Bo raz utraconych pól wolności można długo nie odzyskać. Oraz by nie dopuścić do tego, aby w Polsce legalizowano bestialstwo. By nie pozwolić na zakładanie ludziom następnego kagańca i by Polska do reszty nie stała się rynsztokiem, w który spuszcza się amerykańskie śmiecie. By w kolejnym obszarze nie zrównywać Polski ze standardami Bantustanu pod rządami pozostających poza kontrolą zadufanych kacyków. I by Polacy nie musieli się wstydzić. Przed sobą i przed światem.

Zaś gdy jacyś politycy będą się wypowiadać w potępieńczym tonie o łamaniu praw człowieka w Chinach, można ich zapytać dlaczego ograniczają je w Polsce. Lub głośno i pogardliwie się roześmiać. Albo plunąć w obłudną mordę. Czy krzyknąć "Zamknij ten kłamliwy ryj!". Co kto woli.

___________________


Pełna informacja "Dziennika":http://tinyurl.com/6bqmyr
bf.jpg
52 komentarze

Wtorek [29.07.2008, 23:16]
Co robią firmy i korporacje, gdy, na skutek przyczyn dowolnych, nagle lub nienagle, okazuje się, że są w opałach? Ano mogą reagować w różny sposób i rozmaitymi środkami, jednak niemal zawsze wśród nich znajdzie się kampania mająca udowodnić ogółowi, iż w istocie rzeczy nie idą wcale złą drogą. Ba, zainteresowani mogą się dowiedzieć, że nigdy nie było lepiej, szafa gra i wszystko idzie jako po maśle. Tym, od których byt firmy zależy, a którzy mogliby w nią zwątpić, należy, stosując różnorakie środki perswazji, uświadomić, iż ich powątpiewanie jest efektem pochopnej i niewłaściwej oceny zdarzeń oraz będących jej konsekwencją sytuacji.

Co się dzieje, jeśli podczas spaceru dziecko, któremu rodzice odmówią waty cukrowej, uderzy w płacz? Ano będzie uspokajane, a gdy to nie odniesie rezultatu, mama lub tata pokażą mu kolorowy balonik, który komuś uciekł i poszybował ku niebu. Ewentualnie śmiesznie ubranego pana, albo, co zawsze dziecko interesuje, harcującego po trawie psiaka.

Co się stanie, kiedy do drzwi zastuka akwizytor usiłujący otwierającemu wtrynić jakiś badziewiasty chłam? Ano będzie rozwodził się o zaletach sprzedawanego dziadostwa bez ustanku. Jeśli zauważy, iż potencjalny klient przyjmuje niechętnie ową paplaninę, bądź zadaje niewłaściwe pytania, będzie tokował jeszcze więcej wypluwając z siebie całe strumienie nic nieznaczących słów.

Co się stanie, jeżeli podczas wystąpienia publicznego, przemawiająca osoba powie o jedno słowo za dużo, co narazi ją na niebezpieczeństwo, iż ktoś rzecz wychwyci i za moment zacznie drążyć? Ano, by sprawić, iżby niewygodnego lapsusu nie zauważono lub szybko o nim zapomniano, jak raz skieruje dyskusję na inne tory lub zacznie opowiadać o tematach kontrowersyjnych i zawsze słuchaczy bulwersujących.


W komunikatach, jakie każdego dnia spływają do ludzkich uszu, istnieje pewien względnie stały poziom informacyjnego szumu. Istnieje bazowy poziom gładkich kłamstw na co dzień wydobywających się z ust polityków, biznesmenów oraz przedstawicieli innych grup interesu. Wszyscy każdego dnia narażeni są na stałą ekspozycję czynnikami propagandowymi.
Kiedy jednak sprawy zaczynają iść nie po myśli tych, którzy za nimi stoją, kiedy plany prują się w szwach, wtedy trzeba gwałtownie przekonać ludzi, iż rzeczy idą dobrym torem. Lub odwrócić ich uwagę ogniskując ją w innym miejscu, na przykład na jakimś pociesznym, choć bez znaczenia, spektaklu. Lub rzucić im na żer coś, co od dawna rozpala ich umysły.

Dlatego niezwyczajna lawina informacji w rodzaju tych, iż Doda zgubiła majtki w taksówce, że tubylcy na Vanuatu widzieli Kennedy'ego lub wydobycie z uśpienia tematyki za każdym razem wywołującej szeroki oddźwięk, nie musi wcale oznaczać, iż to zwiastuny sezonu ogórkowego lub jedynie elementy zwykłej propagandy, której przedmiotem jest robienie odbiorcom wody z mózgu.
Warto obserwować natężenia płynących komunikatów, analizować ich treści oraz zastanowić się, czy przypadkiem nie mają one za zadanie udekorowanie tego, co dramatycznie pęka i się kruszy. Albo powstrzymanie odbiorców przed spojrzeniem w inną stronę. Albo czy nie jest ich celem takie rozmydlenie spraw, by nie dostrzeżono tego, co istotne. Lub nakłonienie do tego, czego normalnie uczynić by nie zechcieli.

Warto, bo działania takie, jeśli przemyślane i elegancko zaserwowane, mogą smakować, nie zostając łatwo czy intuicyjnie wychwyconymi. Warto, bo działania takie o czymś świadczą i są nieprzypadkowe. Nieprzypadkowe, ponieważ niezależnie od detali obranej taktyki, gdy coś nie idzie po myśli i kiedy wpada się w tarapaty, zawsze aktualne pozostają rady, jakie swemu mężowi w Moratorium Ukochanych Współbraci udzieliła mądra Ella Runciter:

Więcej reklam. Dajcie więcej reklam.
51 komentarzy

Piątek [25.07.2008, 21:15]
Przed igrzyskami olimpijskimi w Lillehammer amerykańska łyżwiarka figurowa Tonya Harding wynajęła bandziora, który miał wyeliminować jej najpoważniejszą konkurentkę, Nancy Kerrigan, uderzywszy ją w kolano kawałkiem rury. Pamiętacie? To dobrze. A teraz zostawmy łyżwiarki i przenieśmy się na...


...1001 Pennsylvania Avenue. Tym, którym to nic nie mówi, gwarantuję, iż to naprawdę dobry adres. Mieści się tam główny oddział The Carlyle Group - potężnej globalnej firmy typu private equity (tj. spółki akcyjnej powstałej dzięki prywatnemu kapitałowi spoza giełdy, uzyskanemu głównie poprzez tzw. private placing lub umowę partnerską). Potężnej, gdyż inwestuje ona między innymi w dziedzinach takich jak obronność, energetyka, przemysł motoryzacyjny i lotniczy, nieruchomości, media, telekomunikacja, farmacja, produkcja przemysłowa, nowe technologie. Potężnej, ponieważ zarządza funduszami o wartości ponad 70 miliardów dolarów, a przedsiębiorstwa z jej portfela, przy zatrudnieniu sięgającym ponad 260 tysięcy osób, przynoszą dochód w wysokości niemal 90 miliardów dolarów rocznie.

Imponujące liczby, nieprawdaż? Lecz co najmniej równie interesujące jak skala działalności The Carlyle Group jest to, jakie prominentne osobistości w ciągu 21 lat działalności firmy przewinęły się przez jej władze i/lub piastowały ważne/eksponowane stanowiska. Lista, choć mocno okrojona, jest niezmiernie ciekawa:

George H. Bush - były prezydent USA
George W. Bush - obecny prezydent USA
James Addison Baker III - były Sekretarz Stanu USA
Frank Carlucci - były zastępca szefa CIA oraz Sekretarz Obrony USA
Arthur Levitt - były przewodniczący amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych
John Major - były premier Wielkiej Brytanii
Fidel Ramos - były prezydent Filipin
Anand Panyarachun - były premier Tajlandii
Thaksin Shinawatra - były premier Tajlandii
Karl Otto Pohl - były przewodniczący Bundesbanku
Afsaneh Masheyekh - były skarbnik Banku Światowego
Olivier Sarkozy - przyrodni brat prezydenta Francji
Norman Pearlstine - były redaktor naczelny Time'a

Jest też wielu, wielu innych, jak choćby George Soros, Edward J. Kelly III, Louis Gerstner, Liu Hong-Ru, czy Shafig bin Laden.

Wpływowe osobistości, czyż nie?... Chyba nie można mieć wątpliwości, iż są dla The Carlyle Group i jej interesów niezwykle użytecznymi.


Powoli wracamy do łyżwiarek, ponieważ, wbrew pozorom, to nie jest artykuł o The Carlyle Group. Zanim jednak to uczynimy, odpowiem na kilka pytań:

Czy The Carlyle Group to firma o ogromnych wpływach i możliwościach działania? Och, tak. Czy The Carlyle Group ma potencjał, by wpływać na politykę międzynarodową, biznes, sytuację światowych rynków, nie mówiąc już o losach milionów zwykłych ludzi? Tak, z pewnością. I pytanie ostatnie: Czy The Carlyle Group odpowiada za to, że z kredensu cioci Jadzi zniknął słoik dżemu morelowego? Otóż, proszę Państwa, nie.

Podobnie firma ta nie odpowiada za to, że powodowana zazdrością Tonya Harding wynajęła zbira, który miał okaleczyć Nancy Kerrigan. Nie odpowiada też za to, że szczury zeżarły zboże w jednym z silosów Agencji Rynku Rolnego, ani za to, że Lucek pokłócił się z Jasiem w Klubie Małego Modelarza, ani za to, że podczas międzynarodowej wystawy psów miały miejsce przypadki stronniczego sędziowania, ani za to, że niedawno zmarł Heath Ledger, ani za to, że Argentyna toczy spór z Wielką Brytanią o Malwiny, ani za to, że...


Na świecie przez cały czas toczy się walka o wpływy. Ponieważ tam, gdzie jest choćby dwoje ludzi, wytwarza się jakiś, nieprzypadkowo używam tego słowa, układ. W miarę jak rośnie liczebność elementów układu, komplikuje się on sam. Niektóre układy pozostaną zawsze efemeryczne i mikroskopijne niczym małżeństwo lub podwórko, na którym stoi trzepak, a niektóre zyskają ogromne możliwości. Jedne układy konkurują z innymi układami, i to w sposób wielopłaszczyznowy; zarazem członkowie jednego układu mogą być elementami innych. Nieustannie, powodowane rozmaitymi dynamikami, powstają nowe linie podziału, granice wpływów, cezury sporów. Polityka. Biznes. Religia. Rozrywka. Narody i rasy. Intrygi dworskie, szkolne sprzysiężenia i korporacyjne spiski. Rywalizacje i współzawodnictwo. Akcje i reakcje. Dysharmonie i dysonanse. Przyczyny i ich skutki odbijające się odległymi nieraz echami. Miliony szal bez przerwy przechylających się w różnych kierunkach i z różną siłą. Okresowo i/lub przestrzennie jedne układy zyskujące na znaczeniu, inne tracące.
Tak było, jest i jeszcze bardzo długo będzie.

Wydawać by się mogło, iż to truizmy. Lecz nawet one dla ogromnej liczby ludzi są nie do pojęcia. Ludzie ci nie umieją zanalizować otaczającego ich świata, ani interpretować go inaczej niż poprzez strukturę jednowymiarową. Ludzie ci nie rozumieją, iż świat to wieloczynnikowy, skomplikowany mechanizm homeostatyczny. Dlatego też muszą posiłkować się fałszywymi, lecz znacznie prostszymi wizjami - wizjami, które nie przekraczają ich zdolności pojmowania. Wizjami, w których wszystko jest hierarchicznie proste i ma tylko jedną przyczynę. Ci ludzie, z pełnym przekonaniem, jednoznacznie odpowiedzą Wam na pytanie, jaka jest tajemnica kredensu cioci Jadzi - a mianowicie, że ponad wszelką wątpliwość ów dżem morelowy zajebał mason, Żyd, agent CIA, katolik, kosmita, czy może kierowca czarnej Wołgi.
59 komentarzy

Poniedziałek [23.06.2008, 2:33]
Z żalem zawiadamiam, że nie będzie tu trzydziestej dyskusji o Bolku, ani dywagacji na temat gejonezu. Powód prozaiczny - od rozstrząsania przeszłości czy ekscytowania się telewizyjną reklamówką za znacznie bardziej godne uwagi uważam to, co aktualne i istotne. A dzieją się rzeczy interesujące, choć dla bardziej bystrych i/lub dociekliwych nie będą miały one posmaku nowinki.

Onet, za NYT, podał informację, że w Szymanach jednak istniał ośrodek, w którym przetrzymywano członków Al-Kaidy. Choć to ciekawe, jednak nie o Szymanach chcę pisać, czy o od początku oczywistych kłamstwach polskich polityków, iż na terenie Polski nigdy takiego ośrodka, w którym by kogokolwiek przetrzymywano, nie było.
Cała historia jest bowiem jedynie kolejną pochodną roli wasala, jaką pełni Polska wobec USA. Gotowego na każde skinienie lizusowatego sługusa, w lot odgadującego myśli swego pana, z gorliwą usłużnością wyprzedzającego jego życzenia. Postawa ta dominuje w polskiej polityce zagranicznej od wielu lat i konsekwentnie jest realizowana przez wszystkie kolejne rządy zakochane w USA bez wzajemności.

Jak jesteśmy postrzegani widać po przytoczonej w artykule przez oficera CIA wypowiedzi Jamesa L.Pavitta ">>Poland is the 51st state<< one former C.I.A. official recalls James L. Pavitt, then director of the agencys clandestine service, declaring.".
Ile razy by Pavitt nie zaprzeczył, iżby miał te słowa wypowiedzieć, tyle razy mu nie uwierzę, ponieważ są one esencją tego, jak Polska od bardzo długiego czasu jest przez Amerykanów traktowana. Czyli już nawet nie jak kolonia charakteryzująca się, niezależnie od tego, jaka na jej terenie akurat panuje polityczna koniunktura, wiernopoddańczo-kamerdynerską postawą, lecz po prostu jak specyficzna (bo nie wymagająca specjalnych nakładów finansowo-politycznych) część Stanów Zjednoczonych. A skoro tak, staje się całkowicie jasne dlaczego wszystkie obiecywane Polsce przy okazji przeróżnych awantur profity są mirażami - z jakiej to przyczyny bowiem pragmatyczni Amerykanie mieliby czuć się zobowiązani do realizacji swych mętnych przyrzeczeń? Po co płacić i/lub dzielić się korzyściami? Zwykłą głupotą przecież byłoby nie wykorzystanie durnego fagasa, o którym wiadomo, że nie uczy się na błędach i którego można bezceremonialnie, niczym gęś na stłuszczoną wątrobę, karmić gruszkami rwanymi prosto z wierzby.

Permanentna bezradność, niemoc i brak koncepcji polskich władz, jak sobie ułożyć stosunki z Ameryką, by były one partnerskie (oczywiście na miarę stosunku potencjałów obu krajów) budzą zażenowanie. Zwłaszcza, iż nie od dziś wiadomo, że Amerykanie cenią i szanują nawet tych, którzy potrafią napsuć im krwi, ale nigdy żebrzących o uwagę pachołków, o których wiadomo, że jak się ich spławi, to chwilę poskamlą, ale za chwilę, na pierwsze skinienie, znów przybiegną przymilnie merdając ogonem.

Zastanawia też schizofrenia narodowa obligująca do ostentacyjnego demonstrowania urażonej dumy narodowej i wywrzaskiwania słów lamentu przy akompaniamencie pobrzękującej szabelki z powodu każdej jednej wypowiedzi jakiegoś rosyjskiego polityka, a jednocześnie nakazująca z pełną satysfakcją spełniać rolę dywanu dla Amerykanów.

Pogardliwe słowa Pavitta idealnie obrazują skrajnie lekceważący stosunek amerykańskich decydentów do Polski. Czy są jednak szokujące? Chyba jedynie dla tych, którzy ciągle nie wiedzą, że jak świat światem cwani wykorzystują dyspozycyjnych, świnia truflowa prowadzona na postronku odnajduje najlepsze kąski nie dla siebie, a dla swego właściciela, zaś lokaj kornie chyli czoło przed swym mocodawcą.


___________________________________

Informacja Onetu: http://tinyurl.com/6jhqx8

Pełny artykuł NYT: http://tinyurl.com/4vgggp

Kim jest Pavitt i gdzie pracuje: http://tinyurl.com/56uce9

Czym zajmuje się owa firma: http://tinyurl.com/6zzssa
49 komentarzy

Wtorek [10.06.2008, 4:06]
Serwis Pardon, to, jak wiadomo, poppolityka, prawdy, emocje i pogłoski. Miło oczywiście, gdy redaktorzy dają swym czytelnikom/komentatorom przykład i świecą przykładem przekazując informacje w sposób rzetelny. Rzetelny przy tym nie musi zaraz oznaczać "suchy i wyprany z emocji". Specyfika portalu wręcz wymusza pisanie w sposób emocjonalnie zabarwiony, subiektywny i kontrowersyjny. Nie przeszkadza mi to. Przeszkadza mi natomiast, gdy propaguje się ewidentne kłamstwa i w bezczelny sposób usiłuje manipulować czytelnikami. Dlatego też omówię poniedziałkowy artykuł Pana Pawła Cierniewskiego.

Pan Cierniewski dosyć słabo włada piórem, jego dotychczasowe publikacje były nijakie i mizerne pod względem jakości rzemiosła dziennikarskiego. Zapewne by nadrobić braki, Pan Cierniewski nie waha się w swych enuncjacjach przed wysnuwaniem bzdurnych wniosków i stawianiem z sufitu wziętych tez. Na to jeszcze można machnąć ręką - każdy orze, jak może, niektórzy nosem, bo inaczej nie potrafią. Wczorajszy artykuł jednakże jest inny, bowiem dotyka ważnej sprawy, a zarazem cały jest nafaszerowany zwykłymi kłamstwami.

Od początku jednak.

"Jak doniosła >>Gazeta Wyborcza<< lekarze odmówili aborcji zgwałconej czternastolatce. I to prawie prawda. Prawie, bo gwałtu nie było, a dziewczynka chce urodzić dziecko."
Jeśli dziewczynka nie została zgwałcona, niewątpliwie zasadniczo zmienia to okoliczności całej sprawy. Powiem więcej "Na szczęście". Ponieważ w odróżnieniu od Pana Cierniewskiego, który zajęty produkowaniem swych manipulacji, nawet się o tym nie zająknął, uważam, że to po prostu dobrze, iż nikt (czy to rówieśnik, czy nie) nie dokonał gwałtu na czternastoletniej dziewczynce.

"Pisaliśmy już o domniemanej krzywdzie wyrządzonej zgwałconej dziewczynce przez tych >>okropnych<< obrońców życia.".
Sprawa, przynajmniej w tej chwili, gdy nie ma zweryfikowanych informacji całym przebiegu zdarzenia, jest co najmniej dyskusyjna, a czy krzywda "domniemana", czy rzeczywista, to się okaże. A rozkoszny cudzysłów przy określeniu "okropni" sugeruje dyskretnie, że to owi "obrońcy" są kolejnymi ofiarami całej sprawy. Genialny wprost zalążek jakiejś martyrologicznej legendy.

"Wspomnieliśmy o bohaterach z lewicy, zawsze gotowych do dokonywania aborcji".
Żadni z nich, nawet ironicznie, bohaterowie, lecz nie w tym rzecz. Linkowany jest bowiem artykuł Pani Wawrzyn o apelu Leszka Millera oraz wpisie Walpurga we własnym blogu. Ani u Pani Wawrzyn, ani u Walpurga, ani u Millera nie ma pada pół słowa o tym, że ktokolwiek jest gotowy do dokonania aborcji. Jest o (kato)talibach i o przestrzeganiu prawa, o gwałcicielu, coś jest o Zapatero, ale ani śladu czegokolwiek na potwierdzenie słów Pana Cierniewskiego. Jak sięgam pamięcią politycy lewicy różne debilne rzeczy wygadywali, lecz jeszcze w życiu mi się nie obiło o oczy lub uszy, żeby któryś z nich wyraził gotowość do dokonania aborcji. Czyli Pan Cierniewski zwyczajnie kłamie.

"A dziś >>Wyborcza<< przedstawia już inny obraz wydarzeń: (...)". "Wówczas zaczęło się, jak to określiła >>Gazeta<< w poprzednim tekście >>szczucie<<. Lecz bynajmniej nie ze strony >>moherów<<, a światłych zwolenników >>kobiecego wyboru<<."
Owszem, przedstawia inny obraz wydarzeń, ale Pan Cierniewski ochoczo czerpiąc z GW czyni to jednocześnie w sposób bardzo selektywny i nie zauważa fragmentu: "(...) Wczoraj prokuratura to prostowała: - Napisaliśmy, że >>zachodzi wysokie prawdopodobieństwo, że ciąża jest wynikiem czynu zabronionego - obcowania płciowego z osobą poniżej 15 lat<< - mówi Beata Syk-Jankowska. Zgodnie z prawem takie zaświadczenie dopuszcza aborcję.". Czyli, że jest bardzo prawdopodobne, iż podstawa prawna do wykonania zabiegu aborcji jednak istnieje. Pan Cierniewski jednak o tym zapomniał. Zapominając o takich wypowiedziach, łatwiej manipulować.
Pan Cierniewski z ironią także pisze o "światłych zwolennikach >>kobiecego wyboru<<". Okazuje się więc, iż to On, jak cała masa innych mężczyzn, okazuje się być najbardziej oświecony w owych meandrach kobiecych wyborów. Skąd ta dogłębna wiedza? Zaczerpnął ją Pan od faceta z ambony?

"Ciekawe, czy nastolatka w ciąży zdaje sobie sprawę z niemalże międzynarodowych reperkusji swojej chwili zapomnienia z kolegą?"
Zdaje sobie sprawę, nie zdaje - co to ma do rzeczy?

"Grzegorz Napieralski zdążył nawet w jej imieniu zapowiedzieć zerwanie konkordatu: >>Księża jeżdżący po Polsce i przekonujący dziewczyny do nieprzerywania ciąży to przekroczenie wszelkich norm<< - mówił w Lublinie. Powiedział, że po zdobyciu władzy jego ugrupowanie będzie dążyć do wypowiedzenia konkordatu.".
Pominąwszy już, że komentarz własny Pana Redaktora został niechlujnie podczepiony i wymieszany z wypowiedzią Napieralskiego, nie ma ani słowa, by ten drugi w imieniu Agaty zapowiadał zerwanie konkordatu. Raczej we własnym i/lub SLD. Kolejne kłamstwo zatem.


"Jak wygląda sytuacja obecnie? >>Gazeta Wyborcza<< relacjonuje z irytacją: >>Według naszych informacji 14-latka często zmienia zdanie - w czwartek w rozmowie z ordynatorem wycofała zgodę na aborcję. Cały czas była w kontakcie telefonicznym z księdzem z Lublina. W czwartek wyszła ze szpitala.<<".
Nie dostrzegam w tych słowach irytacji. W artykule widzę jedynie Pańskie wytłuszczenie tekstu mające irytację sugerować. Manipulacja treścią poprzez formę.

"Warto zwrócić uwagę, że nikt nie wie, czy dziewczynka faktycznie w ogóle zamierzała poddać się zabiegowi aborcji. Słowa policjantów i lekarzy (czyli nie tylko >>moherów<<) świadczą, że chciała urodzić od samego początku.".
Jakie słowa? Słowa nadkomisarza Porczaka, który coś usłyszał od nauczyciela? Czy te poniżej?
"- Kilka przeciwniczek aborcji oraz dwaj księża siedzieli w komisariacie, gdy trwało przesłuchanie - potwierdza kom. Marcin Szyndler, rzecznik prasowy komendanta stołecznego policji."
"- To był koszmar - opowiada pracownica [szpitala; przyp. PH]. - Oni ją zaszczuli. Prócz księdza pojawili się także dziennikarze albo z Radia Maryja, albo z Telewizji Trwam. A kobiety z organizacji antyaborcyjnych okupowały sekretariat. Gdybyśmy zrobili ten zabieg, moherowe berety by nas zjadły.".
Nie było zaszczuwania, Panie Cierniewski? Doprawdy? Zatem skąd się wzięli ci ludzie na komisariacie i w szpitalu? Mogę sobie wyobrazić sytuację, w której, na prośbę Agaty, towarzyszył jej jakiś ksiądz. Lecz TV Trwam i okupujące sekretariat szpitalny kobiety z organizacji Pro-Life? To jacyś dobrzy znajomi Agaty, którzy znaleźli się tam przypadkiem? Co robili księża podczas przesłuchania na komisariacie? Jakieś kuriozum, to niemal jak zeznawanie przeciw mafii w obecności pruszkowskich "żołnierzy".

Na koniec zostawiam to:
"Słowa policjantów i lekarzy (czyli nie tylko >>moherów<<) świadczą, że chciała urodzić od samego początku. Taki jest wybór tej małej kobiety. I Z NIM NIE MOGLI SIĘ POGODZIĆ RÓŻNEJ MAŚCI LEWACY".
Nie świadczą jednoznacznie i w tej chwili po prostu nie wiemy jak jest. Nie w tym rzecz jednak. Rzecz w tym, iż łże Pan jak pies, Panie Cierniewski. Tylko bezduszny manipulant mógł napisać, że ktoś nie mógł się pogodzić z takim wyborem. I tylko cyniczny mężczyzna może śmieć twierdzić, że zdrowy psychicznie człowiek (a już w szczególności kobieta) mógłby życzyć aborcji dorastającej dziewczynce i że nie mógłby się pogodzić z tym, że taki zabieg nie zostanie wykonany. Udowodnić? Proszę bardzo, oto linkhttp://www.pardon.pl/komentarz/5/982591/98304... Podtrzymuję wszystko, co tam jest napisane.




Nie rozstrzygam jak naprawdę było. I nie wierzę, że tego się dowiemy. Rzecz zrobiła się bowiem zbyt głośna i upolityczniona. Nie wiemy ile telefonów jest wykonywanych z różnych kurii, a ile z gabinetów różnych polityków. Że mają one miejsce, podobnie jak różnorakie naciski, to pewne. Może historię tę poznamy dopiero za wiele lat, gdy sprawa, niezależnie od tego, jak się zakończy, będzie dawno przebrzmiała, a dorosła już Agata zechce o tym opowiedzieć.

Do całej sprawy by nie doszło, gdyby Polska była krajem normalnym. Normalnym to znaczy takim, w którym, między innymi, instytucje państwowe pozostają w całkowitym rozdziale od związków wyznaniowych z krk na czele. Wtedy bowiem wiedzielibyśmy, że wykonywanie przepisów prawnych przebiega w sposób niezakłócony, a pozostająca pod wyzutą ze WSZELKICH ideologicznych nacisków opieką psychologiczną dziewczynka może dokonać własnego wyboru. Jakikolwiek by on nie był.

Jak na razie polska rzeczywistość wygląda jednak inaczej. "Agata-Szmata" to takie brzydkie przezwisko, którym niegrzeczne dzieci obrzucają nielubiane koleżanki. Lecz od kilku dni wyrażenie to może nieść ze sobą także inną jakość, albowiem piewcy zamordyzmu światopoglądowego, wszystkowiedzący fanatycy religijni uzurpujący sobie monopol na prawdę oraz domagający się wpływu na wybory innych ludzi, w imię prób udowodnienia swych racji zeszmacą każdego - czy to będzie mała dziewczynka, czy dopiero co zmarła kobieta, czy ktokolwiek inny.

A Redaktor Paweł Cierniewski? Co z Nim? Cóż, jeśli przyjąć, że Gazeta Wyborcza to, jak to często można usłyszeć, "Gazeta Wybiórcza", to Pan Cierniewski ma pełne kwalifikacje, by ubiegać się o wakujące po Adamie Michniku stanowisko redaktora naczelnego tego dziennika.


______________________________________


PS Przepraszam, że wyszło tak długo, ale sporo cytatów, a z kłamstwami należy rozprawiać się drobiazgowo i metodycznie.

W mej GD celowo pomijam wszystkie przytaczane przez GW informacje, których źródłem była Wanda Nowicka i Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Skoro nie są potwierdzone i istnieje możliwość przekłamań, należy je (przynajmniej na razie) zignorować.

I, ponieważ jest całkiem sporo osób, do których nawet proste przekazy nie docierają, disclaimer: niniejsza GD nie jest o Walpurgu, Leszku Millerze i lewicy, dwuznacznej i jeszcze nie wyjaśnionej postawie matki, poziomie dziennikarskim GW, ani nawet o tym, czy zygotę lub płód ktoś uznaje za człowieka lub nie.
69 komentarzy

Czwartek [ 5.06.2008, 15:49]
Szkoda czasu na zatruwanie sobie mózgu tele-jadem, jednak od czasu do czasu przemknę po kanałach różnych stacji telewizyjnych. Odnoszę wrażenie, że grupa pewnych zjawisk, jakie swego czasu pojawiły się na ekranie, rozwija się ostatnio z niebywałą intensywnością. Możemy tu pobieżnie wyróżnić trzy kategorie reprezentatywnych dla owych zjawisk programów.


Informacyjne

Powoli przestają informować w jakikolwiek (do ideału zawsze było daleko) sposób, a stają się widowiskiem z prowadzącymi w rolach głównych i reporterami oraz gośćmi jako tłem. Informacje wypierane są przez komentarze prowadzących, ich durne dowcipy oraz, przede wszystkim, epatowanie widzów swoimi osobami. Zamiast prowadzących zdystansowanych do przekazywanych wiadomości, czyniących to w sposób klarowny i abstrahujących od komentarza (choćby wyrażonego mimiką), mamy dziś tzw. "gwiazdy", co może być li tylko pochodną kontraktu gwiazdorskiego, bo na pewno nie faktycznych wyżyn kompetencji.
Ekran zaludniają zatem nam lukrowani prezenterzy z drętwym uśmiechem przybitym do lepkiej gęby, czego przykładem Piotr Kraśko ze swą sztuczną szufladą pociągniętą bielą tytanową oraz solaryczną opalenizną małomiasteczkowej blachary. Nie wiadomo do końca, co decyduje o zniebozstąpieniu kolejnej z "gwiazd", Hanny Lis, która jakoby także lśni niebiańskim blaskiem. Gładki pyszczek? Mąż o odpowiednim nazwisku? Czy może warunkuje to ów procent populacji męskiej, który masturbuje się przed snem w towarzystwie fantazyjnej pamięciówki z rzeczoną prezenterką? Z pewnością bowiem nie jej fachowość, która oscyluje na poziomie nie więcej niż przeciętnej.
Nie ma informacji, są za to reporterzy wyszczekujący swoje kwestie z szybkością dziesięciu bartoszewskich na sekundę, stanowiący tło dla czuwających nad wszystkim prowadzących, którzy, by się zanadto nie zmęczyć, z lubością powalają się na stołach, niczym podjebani proletariusze w kuflotece po skończeniu zmiany w fabryce. Szlif indywidualności tym bezmózgim robotom nadawać zapewne mają wystudiowane gesty, jak u Justyny Pochanke, która, nawet gdy przestaje mówić, ciągle ma na wpół otwartą japę i zamyka ją dopiero po dłuższej pauzie, co czyni ją jednak podobną wyłącznie do ryby bezlitośnie ściśniętej w imadle.
W głównej części przychodzi często cierpieć w dwójnasób, jako iż ostatnio modne zrobiło się prowadzenie w parach, chyba wyłącznie po to, żeby telewidzów, niczym rodziców, uszczęśliwić i chłopcem, i dziewczynką.
Na głównym bloku informacyjnym, niestety, się nie kończy, gdyż widownia musi przebrnąć jeszcze przez pana z redakcji sportowej, co nam doradzi dokąd udać się na ryby i będzie wywnętrzał się o jakichś duperelach, a później przez następczynię niegdysiejszej pogodynki, mizdrzącą się pogodynkę-debilarę, która opowie, co warto ugotować jutro na obiad.
Cała ta obmierzła menażeria pozuje na przyjaciół telewidzów, lecz w rzeczy samej nieodmiennie kojarzy się z nieustannie tryskającą szczęściem idioty ekipą pracowników McDonalda, czy też familiarnymi menedżerami korporacyjnymi, którzy usilnie przekonują, jakimi to są świetnymi ludźmi. Ten żałosny manieryzm przywodzi mi na myśl jedną kwestię, a mianowicie, jak to mawiają, "Znaleźli się, k-u-r-w-a, koledzy.".


Rewiowo-cyrkowe

Stworzone po to, by mogły koegzystować z i dopełniać kategorię trzecią. Ich istota zasadza się na tym, by ukazać, jaka ta przewijająca się w nich wiara jest wspaniała i wszechstronnie uzdolniona. Skutkiem tego jak grzyby po deszczu pojawiają się programy, w których zapraszani śpiewają, tańczą, jeżdżą na łyżwach, robią sztuczki i haftują. Każdy jeden ich uczestnik okazuje się modelem uniwersalnym "strzyże, goli i pierdoli, krawaty wiąże, usuwa ciąże".
Ponieważ rzecz rozwija się dynamicznie, w krótkim czasie spodziewam się ujrzeć kogoś, kto z łyżwami na gablach pogwizdując zademonstruje nam rodzimą wersję islandzkiego gejzeru błotnego strzykając na sufit gównem. Z tak powstałych kleksów współprowadzący wywróży Szanownym Państwu, co Ich w nadchodzącym miesiącu czeka; zaś współprowadząca, by pokazać, że nie gorsza, wydając przyjazne porykiwania klaszcząc łapkami zrobi grzeczną foczkę, za co wodzirej niechybnie nie poskąpi jej nagrody w postaci śledzia wetkniętego prosto w pysk.


Plotkarskie (oraz międzyczasy)

W tych gra idzie o to, by udowodnić, że czarne jest białe, czyli iż mentalnie jałowe beztalencia to w rzeczy samej ciekawi, nadzwyczaj kreatywni ludzie, sypiący jak z rękawa wszelakimi mądrościami. Ponieważ jednak od matoła niczego mądrego dowiedzieć się nie można, karykaturalna forma wypełnia całość czasu. Znani z tego, że są znani, będą pieprzyć banialuki, przytoczą tumanowate anegdotki, opowiedzą, jak to ciężko harują, by wystąpić w nadawanym w prime-timie show i objaśnią tajniki gotowania wody na herbatę. Jeśli zajdzie potrzeba, zademonstrują, że są silni, zwarci i gotowi i ad hoc mogą fiknąć na żyrandolu.

Granice między kategorią drugą a trzecią stają się zresztą płynne, pomiędzy nimi trwa nieustanny wzajemny przepływ, prowadzący stają się gośćmi i vice versa. Tabuny najrozmaitszych tępaków biegają zatem od jednego programu do drugiego, niczym pies uganiający się za swym ogonem. O tym, jakie to trudne zajęcie, dowiemy się, gdy intelektualne wałachy z tej samej stajni medialnej z troską Drzyzgi wzajemnie wypytają się o to, jak prowadziło im się własny program. Całości zaś dopełnią etatowi cudzoziemcy, wypełniający swoje role z gorliwością tresowanych pudli.



Kiedyś prowadzący miał zapowiedzieć, co zobaczymy i basta. Przekazać informacje i kwita. Dziś jest niczym kuchenka mikrofalowa najnowszej generacji, która w zasadzie nie ma doprowadzać dań do odpowiedniej temperatury, lecz informować o porze dnia, warunkach atmosferycznych, korkach na drodze.
Słowo "profesjonalizm" zostało skarykaturalizowane, bo dziś "profesjonalny" nie oznacza kogoś w rodzaju zdystansowanego i dystyngowanego Jana Suzina. Owszem, czasy się zmieniają. Lecz czy zawsze musimy popadać w skrajności? Nawet w lotku, gdzie manekinowatego Edmunda Parzyszka z czasów PRL zastąpił egzaltowany bęcwał, który podśpiewuje podając kolejność wylosowanych liczb?

Dziś, gdy niemodnie jest na wizji siedzieć prosto, dziennikarzy zastąpili minoderyjni klauni, niemal zupełnie brak jakichkolwiek charyzmatycznych indywidualności. Zamiast nich przez ekran w tasiemcowym korowodzie przewijają się androgyniczne Ibiszo-Janiako-Kamele, opasłe Wellmany, odpychające Wernery, nijako-miałkie Ziemce. Telewizja coraz bardziej upodabnia się do łoża Prokrustesa, gdzie konsekwentnie obcina się każdą oryginalność (choć oglądającym wmawia się, że jest na odwrót), zaś telewizory w mieszkaniach upodabniają się do koszy błyskawicznie zapełniających się rozlicznymi teleśmieciami.

Kapitan Nemo miał swą dewizę, "mobilis in mobile". Strawestowana na "debilis in debile" stała się w stacjach telewizyjnych powszechnie obowiązującą. A kapitanów Nemo zrobił się legion. "Nemo" znaczy "nikt".
52 komentarze

Wtorek [ 1.04.2008, 10:14]
dała mi do myślenia rozległa dyskusja, jaką na Pardonie wywołał wczoraj temat gejów. zmotywowana przeczytałam sobie te wczorajsze występy. przypomina mi to wszystko zjawisko "akcji medialnej". polega ono na tym, że różne media, niezależnie od siebie, zaczynają wałkować jeden temat. tu zaś mamy dwulicowość części użytkowników serwisu - z jednej strony prawi i sprawiedliwi, z drugiej banda skretyniałych nieuków.

ja osobiście od polityki robię już bokami, niemniej groteskowa jest kwestia, gdy z jakąś niezdrową fascynacją opisuje się związki lesbijek i gejów. niesamowite, ale na Pardonie każdy temat choćby zatrącający o homoseksualizm budzi kosmiczne wręcz zainteresowanie. żywiołowa dyskusja trwa i trwa, a fascynacja większości dyskutantów, choć przejawia się głównie w wyzwiskach i obelgach, jest szczera i autentyczna. tym bardziej, że w dyskusji biorą zazwyczaj udział maksimum 2-3 osoby LGBT, co i tak daje lepszą średnią niż w dyskusjach o Żydach, tam bowiem Żydów nie ma wcale.

zatem ów wzór dla Polskiej Młodzieży, czyli smutni prawicowi onaniści wymachują wyimaginowaną szabelką i sztandarem wolności słowa, tyle że wyłącznie WŁASNEGO słowa. podobne zawodzenie dowodzi, że na skutek zaniku sprawności umysłowej ulegają oni obsesjom i manii prześladowczej na tle seksualnym.
o co w tym wszystkim NAPRAWDĘ chodzi? a czy widzieliście kiedyś takiego małego pieska, który boi się większego i ucieka w popłochu, ale odszczekuje się, tak przez ramię, tyleż wściekle co żałośnie? tak, idzie tu właśnie o usprawiedliwienie swej własnej życiowej drętwoty i umysłowego schematyzmu.

nie spodziewam się poważnej, rzetelnej i merytorycznej dyskusji, nie spodziewam się ani jednego komentarza - chyba że to będzie komentarz bezsensowny i niemerytoryczny, z gatunku "dziad o szydle, baba o mydle" lub dużo, kwieciście, obelżywie i nie na temat.

nie mogę sobie odmówić pewnej analogii. mówiąc poglądowo, na ulicy nie smarka się palcami. i lepiej tego nie robić również w domu, bo przyzwyczajenie jest drugą naturą. otóż życzę Wam, niepełnoletni użytkownicy Pardonu, żebyście wy, święci, byli lepsi od nas, grzesznych. choć, z drugiej strony, praca z półgłówkami bywa całkiem przyjemna ;-)) ależ to będzie teraz kłębowisko żmij... a prochów przeciwko halucynacjom i manii prześladowczej wagon dziennie zużyją. no, wesoło, wesoło.. gdyby nie tak idiotycznie... och, się popłaczę z radości.
podobno niektórzy mieszkańcy bagien, lasów i pól boją się cywilizacji. niesamowite, że macie tam komputery. choć dyskusja ze ślepymi i głuchymi jest dość trudna. bo chyba tylko tacy nie wiedzą, co to jest niszczenie normalności. ale w gębie każdy dupek jest mocny. na czele listy znajduje się tu Don Paolo i obawiam się, że dzięki niesłabnącej fascynacji jego dziwną osobą i księżycowymi ideami idiota ten zyska wielką popularność. ;-))

ale za to te dzieciaki, które rodzice w tym roku zabiorą na paradę, mają już całkiem inne pojęcie o gejach i lesbijkach i to one tworzą nowe, otwarte pokolenie. prawda jest taka, że dziś nie ma już "prawdziwych mężczyzn", "ideału kobiecości", "rzeczywistych Aryjczyków" i podobnych idiotyzmów. wszyscy jesteśmy wymieszani, trochę tacy, a trochę owacy.

zatem... proszę państwa do dyskusji. albo gadu gadu, kij do zadu, jak mawiają w Australii. ;-))




EDYCJA 04.04:
Dla ewentualnych przyszłych czytelników, którzy nie zwrócą uwagi datę, kiedy dyskusja ta się ukazała.

Niniejsza GD jest/była pierwszokwietniową krotochwilą. Nigdy nie piszę GD w takiej formie, nigdy o innych użytkownikach, a już z całą pewnością nie zamierzam ich w notkach atakować personalnie. W tym miejscu zatem przeprosiny, specjalne dla Don Paola - z uwagi na pewne ograniczenia, jakie wystąpiły przy pisaniu mej notki, był on jednak naturalnym kandydatem do wymienienia.

Jaka była istota żartu? Cóż... ;))
18 komentarzy
« Następne Oglądasz 1–10 z 29

Ostatnie komentarze

© Pardon 2006-2012. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszystkie tagi | Kontakt | Reklama
Korzystanie z serwisu oznacza akceptację Regulaminu. | FAQ

używane auta, nieruchomości ogłoszenia, RTV - telewizory, kamery wideo, AGD - zmywarki, kuchenki, pralki,
aparaty fotograficzne i cyfrowe, notebooki, laptopy, biustonosze, perfumy, buty damskie, bielizna damska